Żeglowanie po Bałtyku

W ciągu wieków w różny sposób próbowano określać wielkość statków, która zależy od zdolności przewozowej, czyli od nośności. W starożytności posługiwano się toną, czyli odpowiedniej wielkości beczka. Na Bałtyku, od XIV do XIX w, nośność statków określano w lasztach. Niestety, łaszt łasztowi nie był równy. Inne były łaszty gdańskie, inne kołobrzeskie, elbląskie, okrętowe, zbożowe, śledziowe czy solne. Najmniejszy łaszt gdański wynosił 60 korców, czyli około trzech tysięcy litrów. Obowiązujący od 1819 r. łaszt polski równał się 3840 litrom. Starożytna miara – tony – została przejęta przez większość krajów europejskich. W Anglii tona oznaczała beczkę wina zawierająca 250 galonów, czyli około 2240 funtów. W 1835 r. wprowadzono ujednolicony system: w przypadku jachtów – brano pod uwagę długość, w przypadku statków handlowych – porównywano pojemność, dla statków pasażerskich zaś ilość miejsc. W późniejszych latach problemem tym zajmowała się Liga Narodów i Organizacja Narodów Zjednoczonych. Obecnie wielkość statków handlowych określa nośność mierzona w tonach wagowych, wielkość statków pasażerskich – ilość miejsc, a okrętów wojennych -wyporność, czyli ciężar wody wypartej przez okręt przy pełnym stanie jego zapasów.

Już od IX w. na Pomorzu rozwijało się korabnictwo. W portach budowano statki o długości od 11 do 14 m i szerokości od 2 do 4 m. Statki wyposażone były w wiosła, żagle i kamienne kotwice. Mogły zabierać do czterdziestu ludzi oraz konie, dzięki którym, po wylądowaniu, łatwo można było przeprowadzić szybką piracką akcję. W XIII w. po morzu pływały kogi -drewniane żaglowce o płaskim dnie, masztach z żaglami rejowymi i wysokich kasztelach na dziobie i rufie. Statki te mogły zabierać do 50 ton towarów.

Od początków średniowiecza podróżowanie po Bałtyku nie było bezpiecznym przedsięwzięciem, po morzu pływali bowiem korsarze (niektórzy rodem z Wolina). Właściwie w tamtych czasach nie dostrzegano zbytniej różnicy pomiędzy wyprawą handlową a piracką. W kolejnych wiekach rozwinęły się nie tylko porty, ale, niestety, też korsarstwo. Związek miast hanzeatyckich dla obrony swoich interesów utrzymywał własną flotę wojenną, która często staczała bitwy morskie z piratami. Z czasem Hanza stała się tak potężna, że walczyła nawet z całymi państwami.

W zamierzchłych czasach podróżowanie drogami lądowymi nie należało do przyjemności. Wyprawiając się na Pomorze Zachodnie, trzeba było przebrnąć przez bagniste tereny położone nad Wartą i Notecią. Na północy rozciągały się przepastne knieje – ogromne drzewa, gęste krzaki, powywracane konary. Podczas wyprawy na Pomorze wojska Bolesława Krzywoustego musiały robić przesieki, aby ułatwić sobie przemarsz. Istniał już wtedy trakt handlowy wiodący z Poznania do Szczecina, dalej do Wolina i Kamienia Pomorskiego.

Z Kołobrzegu w kierunku południowym do Wielkopolski biegł szlak solny. Z zachodu na wschód prowadził szlak z Hamburga i Rostowa do Wolina, Kamienia, Kołobrzegu, Gdańska i dalej na wschód. Drogi były oczywiście niewyobrażalnie wyboiste, mostów nie wznoszono zbyt wiele, rzeki przebywano w bród. Niektóre brody wyłożone były kamieniami, dzięki czemu wozy nie zapadały się w piach i nie grzęzły. W 1230 r. uruchomiono prom w okolicach dzisiejszego Świnoujścia, a od 1270 – prom w Trzebiatowie na rzece Redze.

W średniowieczu największymi podróżnikami byli kupcy i rzemieślnicy. Kupcy podróżowali w celach handlowych, a rzemieślnicy dlatego, że wymagały tego statuty cechowe. Warsztatem rzemieślniczym kierował mistrz, u którego terminowali czeladnicy i uczniowie. Po latach nauki, gdy uczniowie opanowali już wszystkie arkana sztuki, zostawali wyzwoleni. Wtedy właśnie nowi czeladnicy musieli wyruszyć w dwu-, trzyletnią podróż, która miała przygotować ich do egzaminu mistrzowskiego. Czeladnicy musieli poznać tajniki wyższego stopnia. Często docierali do Francji, Włoch, Hiszpanii i Portugalii. Po powrocie przygotowywali dzieło zwane majstersztykiem, które oceniała komisja składająca się z mistrzów. Jeśli czeladnik egzamin zdał, stawał się mistrzem i wreszcie mógł ożenić się i założyć własny warsztat.

Mniej zamożni kupcy, zwani kramarzami, w dni targowe otwierali swoje kramy w miastach czy większych wioskach. Bogaci kupcy zrzeszali się w gildiach, czyli korporacjach. Właściwie ówcześni kupcy byli po prostu dzisiejszymi hurtownikami: sprowadzali wina, przyprawy korzenne, delikatne sukna, ozdoby z dalekich krajów. Przeważnie posiadali własne statki, którymi wywozili zboża, a przywozili egzotyczne towary.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *